Bogusław Grabowski: Spychamy się na margines rozwojowy UE

Spowolnienie w polskiej gospodarce nie jest skutkiem restrykcyjnej polityki pieniężnej, tylko wysokiej inflacji. Dlatego inflację trzeba zdecydowanie zdusić – uważa Bogusław Grabowski, były członek Rady Polityki Pieniężnej.

Publikacja: 12.09.2023 09:44

Bogusław Grabowski: Spychamy się na margines rozwojowy UE

Foto: mat. pras.

Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopę referencyjną NBP o 0,75 pkt proc., do 6 proc., znacznie bardziej, niż oczekiwali ekonomiści na podstawie sygnałów wysyłanych przez samych członków RPP. Czy w ostatnich tygodniach w polskiej gospodarce wydarzyło się coś, co uzasadniałoby największą obniżkę stóp od kryzysowego 2008 r.?

Nic takiego się nie wydarzyło. Z punktu widzenia logiki prowadzenia polityki pieniężnej przez niezależny bank centralny zgodnie ze strategią bezpośredniego celu inflacyjnego, ustalonego na 2,5 proc., ta decyzja jest absurdalna. Dlatego ekonomiści są nią zaskoczeni. Ja zaskoczony nie jestem. Od lat powtarzam, że NBP pod kierownictwem prezesa Adama Glapińskiego nie realizuje konstytucyjnego celu tej instytucji, którym jest dbanie o stabilność cen, tylko cel polityczny, jakim jest stabilność władzy Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście, stara się ten cel polityczny realizować tak, aby jak najmniej kolidował z właściwym celem. Dopóki to się udawało, dopóty ekonomiści nie dostrzegali tego, że orientacja NBP na cel inflacyjny jest tylko fasadą. Ale teraz doszło do dużej rozbieżności między celami banku centralnego.

W jaki sposób ostra obniżka stóp miałaby być pomocna dla rządzącego obozu? Przecież wyborcy mogą ją odczytać jako wyraz zaniepokojenia RPP kondycją gospodarki.

RPP tą decyzją chciała pokazać, że kryzys inflacyjny się skończył, wraca normalność, w której rząd znów może sobie pozwolić na hojność, na większe wydatki. W ostatnich latach były przeszkody dla takiej polityki: najpierw był covid, potem wojna w Ukrainie. Teraz mamy przekaz, że najgorsze mamy za sobą, rząd wraca do prospołecznej polityki, z której był znany. Znacząca obniżka stóp wpisuje się w długą listę takich decyzji jak podwyższenie świadczenia na dzieci z 500 do 800 zł, zamiast do 700 zł, jak wcześniej spekulowano, czy 14. emerytura na poziomie 2200 zł netto zamiast na poziomie emerytury minimalnej. Przekaz jest taki: liberałowie mówili, że luźna polityka pieniężna i fiskalna będzie podsycała inflację, a tymczasem ona szybko opada pomimo wydatków i obniżki stóp.

Od lat powtarzam, że NBP pod kierownictwem prezesa Adama Glapińskiego nie realizuje konstytucyjnego celu tej instytucji, którym jest dbanie o stabilność cen, tylko cel polityczny, jakim jest stabilność władzy Jarosława Kaczyńskiego.

Bogusław Grabowski

Temu, że inflacja szybko opada, trudno zaprzeczyć. W świetle aktualnych prognoz realna stopa procentowa ex ante – tzn. obliczana na podstawie inflacji oczekiwanej za rok – już jest dodatnia. Prezes Glapiński argumentuje, że w warunkach spowolnienia gospodarczego tak restrykcyjna polityka pieniężna zarżnęłaby gospodarkę.

Gwałtowny spadek inflacji od lutego nastąpił głównie na skutek czynników niezależnych od polityki pieniężnej: wyhamowania wzrostu cen paliw, nośników energii i żywności. Inflacja bazowa, która bezpośrednio nie obejmuje cen tych towarów, zmalała tylko nieznacznie (z 12,3 proc. w marcu do około 10 proc. w sierpniu – red.). A przecież na inflację bazową ceny paliw, energii i żywności też pośrednio wpływają. Na przykład ceny usług gastronomicznych zależą od cen żywności, a ceny w komunikacji od cen paliw. W sytuacji gdy inflacja przekracza 2,5 proc., strategia bezpośredniego celu inflacyjnego, którą oficjalnie stosuje NBP, wymaga takich decyzji, żeby inflacja zbiegła do tego poziomu w ciągu dwóch, trzech lat. Tymczasem przewyższa ona 2,5 proc. już od ponad dwóch lat, a według lipcowych prognoz samego NBP – sporządzanych przy założeniu niezmienionych stóp – nie wróci do tego celu nawet do końca 2025 r., czyli przez pięć lat.

Wszystko wskazuje na to, że w drugiej połowie roku inflacja będzie nieco niższa, niż wskazywała lipcowa projekcja. Może powrót do celu też będzie szybszy?

Przeciwnie, od lipca zapadło wiele decyzji, które w dłuższym terminie będą podbijały inflację, wydłużając jeszcze czas dochodzenia do celu. Przede wszystkim nastąpiło znaczące rozluźnienie polityki fiskalnej. Najpierw rząd znowelizował ustawę budżetową na bieżący rok, zwiększając planowany deficyt sektora finansów publicznych do ponad 4 proc. PKB, a następnie pokazał projekt ustawy na 2024 r., która zakłada deficyt na poziomie 4,5 proc. Potem zapowiedział jeszcze dodatkowe wydatki, które sprawią, że to będzie raczej 5 proc. W założeniach do budżetu jest wzrost konsumpcji o 4 proc.! Do tego rząd uchwalił na przyszły rok drugi z rzędu wzrost płacy minimalnej o około 20 proc. I to w sytuacji, gdy podwyżki tej płacy mają kilkakrotnie większy wpływ na gospodarkę niż przed rządami PiS. Wtedy płacę minimalną otrzymywało około 1,2 mln osób, dzisiaj około 3,5 mln osób. Uwzględniając pracowników, którzy zarabiają nieco więcej niż minimum, a którym pracodawcy też muszą podnieść płace, podwyżka płacy minimalnej wpływa na wynagrodzenia około 5 mln osób, czyli 1/3 ogółu pracujących. I to w czasie, gdy tempo wzrostu produktywności pracy jest najniższe od 30 lat. To nie może pozostać bez wpływu na inflację, podobnie jak transfery społeczne. W Polsce kilkanaście procent wydatków budżetowych stanowią przelewy na konta konsumentów. To ma znacznie silniejszy efekt popytowy niż takie same wydatki, ale na usługi publiczne.

Od lipca zapadło wiele decyzji, które w dłuższym terminie będą podbijały inflację, wydłużając jeszcze czas dochodzenia do celu. Przede wszystkim nastąpiło znaczące rozluźnienie polityki fiskalnej.

Bogusław Grabowski

Aktywność w gospodarce maleje. RPP argumentuje, że to będzie osłabiało presję na wzrost cen.

Wielu ekonomistów zdaje się akceptować narrację, że obniżka stóp była uzasadniona, bo gospodarka ma objawy większego schłodzenia, niż się wydawało. Takie argumenty to przejaw nieuctwa. NBP mógłby brać pod uwagę spadającą aktywność w gospodarce, ale tylko wtedy, gdyby to się działo w ramach normalnego cyklu koniunkturalnego. Dziś tak nie jest. Tkwimy w stagflacji, a nie w stagnacji. Potrzebna jest więc inna terapia. W warunkach stagnacji trzeba pobudzać popyt, na przykład tnąc stopy. Ale w warunkach stagflacji nie można tego robić. Trzeba pobudzać gospodarkę od strony podażowej i jednocześnie obniżać inflację. To jest, niestety, trudne, bo polityka makroekonomiczna – a pieniężna w szczególności – ma głównie wpływ na popyt.

Narracja NBP jest taka, że stopy procentowe w tym cyklu wzrosły bardziej niż kiedykolwiek wcześniej w historii RPP – i najdłużej były utrzymywane na najwyższym poziomie. W warunkach malejącej inflacji stałe stopy procentowe oznaczałyby coraz bardziej restrykcyjną politykę pieniężną. Tymczasem mamy silne spowolnienie w otoczeniu zewnętrznym polskiej gospodarki. Może nie ma sensu dodatkowo jej schładzać?

Schłodzenie gospodarki i spadek inflacji w Polsce nie mają wiele wspólnego z restrykcyjną polityką pieniężną i fiskalną, bo one przecież są luźne. O deficycie już mówiłem. Jeśli zaś chodzi o politykę pieniężną, to w Polsce realne stopy procentowe należą do najniższych w OECD. Samo wstrzymanie podwyżek stóp NBP we wrześniu ub.r. spowodowało spadek rynkowych stóp, takich jak WIBOR. A to WIBOR ma znaczenie dla gospodarki, a nie stopa referencyjna. KNF rozluźnił wytyczne dotyczące udzielania kredytów, a rząd dofinansowuje kredyty dla młodych (program „Bezpieczny kredyt 2proc.” - red.). Efekty tych działań już widać. W lipcu wartość udzielonych kredytów hipotecznych podskoczyła o 47 proc., kredytów konsumpcyjnych o 23 proc., a kredytów z kart o 10,8 proc. Polityka pieniężna pobudza popyt, zamiast go tłumić.

Konsumpcja jednak systematycznie maleje. Nie tylko w ujęciu rok do roku, co jest częściowo skutkiem wysokiej bazy odniesienia związanej z napływem uchodźców, ale też z miesiąca na miesiąc. W lipcu sprzedaż detaliczna towarów (oczyszczona z wpływu czynników sezonowych) realnie była o około 1 proc. mniejsza niż w styczniu.

Ale nie z powodu restrykcyjnej polityki pieniężnej. To wysoka inflacja jest źródłem słabości gospodarki. Powoduje spadek siły nabywczej dochodów, tłumiąc konsumpcję, i utrudnia rachunek ekonomiczny, co uderza w inwestycje. Właśnie dlatego inflację trzeba radykalnie zwalczyć. W czasie stagflacji polityka rządu musi się skoncentrować na radykalnym oddziaływaniu podażowym.

Co pan proponuje?

Jest wiele rodzajów polityki sprzyjającej podaży. Rząd może oferować ukierunkowane ulgi inwestycyjne. Albo, jak proponuje PO, państwo może płacić składki na ZUS za osoby, które pracują po osiągnięciu wieku emerytalnego. To odciążałoby zarówno pracodawcę, jak i pracownika, sprzyjając wzrostowi aktywności zawodowej osób starszych. Ale to tylko przykłady. Przede wszystkim trzeba odblokować KPO – 250 mld złotych leży odłogiem. To są pieniądze, które można przeznaczyć na poprawę stanu edukacji, służby zdrowia, infrastruktury, ale przede wszystkim na transformację energetyczną. Zaniechanie tej transformacji pcha w górę inflację. Ale ten rząd nie sięgnie po te pieniądze, bo jest skupiony na budowaniu autorytaryzmu. Spychamy się sami na margines rozwojowy UE. Zmierzamy w kierunku góry lodowej, a polityka pieniężna jest bezwolnym elementem silnika, który nas na tę górę prowadzi. Mam trochę żalu do kolegów ekonomistów, że nie zrozumieli jeszcze funkcji reakcji NBP. Brak tego zrozumienia prowadzi do błędnych prognoz, a te do błędnych decyzji aktorów życia gospodarczego.

Jednak założenie, że RPP kieruje się głównie przesłankami politycznymi, oznacza, że jest nieprzewidywalna. Nigdy nie wiadomo, jaki krok w polityce pieniężnej NBP uzna za dobry dla rządu w danym momencie i jakie koszty takich decyzji jest gotów ponieść.

Zgadzam się. Nie da się przewidzieć, jaką decyzję podejmie RPP np. w październiku. Ale porzucenie złudzenia, że w funkcji reakcji RPP liczy się inflacja i cel inflacyjny, też jest ważne. Lepiej przyznać, że NBP stał się nieprzewidywalny, niż tkwić w błędnym założeniu, że jego decyzje da się przewidzieć. Z takim przekazem od ekonomistów część podmiotów gospodarczych nie będzie podejmowała ryzyka, a inne będą się jakoś próbowały zabezpieczyć. Tymczasem ekonomiści zachowują się tak, jak gdyby nic się w ostatnich latach nie stało, jakby NBP nie był upolityczniony. Ostatnia obniżka stóp to dla nich kubeł zimnej wody. Może się przebudzą i zaczną identyfikować to, co się tu naprawdę dzieje.

Wspomniał pan, że inflacja tłumi inwestycje. W danych tego za bardzo nie widać. Przeciwnie, żywotność popytu inwestycyjnego zaskakuje ostatnio ekonomistów. W II kwartale nakłady brutto na środki trwałe zwiększyły się realnie o niemal 8 proc. rok do roku po około 5,5 proc. w poprzednich dwóch kwartałach.

Owszem, inwestycje teraz rosną, ale są to głównie inwestycje publiczne, a jeśli prywatne, to odtworzeniowe, a nie rozwojowe. Publiczne są pod wpływem cyklu wyborczego. Samorządy tak planują inwestycje, żeby efekty były przed wyborami. W tym roku miały być na jesieni. Zostały wprawdzie przesunięte, ale harmonogram inwestycji już był ustalony. Poza tym mamy ostatni rok na wykorzystanie funduszy z UE na lata 2014–2020. W firmach z kolei nastąpił pocovidowy boom inwestycyjny. W trakcie pandemii firmy zastanawiały się, czy przetrwają. Później, gdy zniesione zostały antyepidemiczne restrykcje, rozpoczął się boom konsumpcyjny. Przedsiębiorcy przestali nadążać z produkcją, musieli szybko odnowić maszyny, uzupełnić flotę, czego w pandemii się nie dało zrobić, itp. Te procesy odtworzeniowe wkrótce się skończą, a inwestycji rozwojowych nie widać. Bez KPO za rok po tym boomie inwestycyjnym nie będzie nawet śladu.

Decyzji RPP można bronić jeszcze tak. Polityka pieniężna działa w ostatnich latach słabo. Inflacja w dużej mierze była podyktowana czynnikami zewnętrznymi, tzn. zaburzeniami w łańcuchach dostaw i skokiem cen surowców. Teraz zaś sama się wygasza z powodu, o którym pan wspomniał, czyli erozji siły nabywczej dochodów gospodarstw domowych. Jednocześnie Polska stoi w obliczu sporych wyzwań rozwojowych, obronnych itp. Duże deficyty w sektorze finansów publicznych są zrozumiałe. A skoro tak, to może obniżka stóp zmniejszy koszty obsługi długu publicznego i pomoże rządowi sfinansować wydatki?

Na razie obniżka stóp prowadzi do wzrostu rentowności obligacji długoterminowych, bo inwestorzy obawiają się trwale wyższej inflacji. To raczej rządowi utrudnia finansowanie deficytu niż ułatwia. Efektywność polityki pieniężnej to zaś bardzo ciekawy temat. Normalnie polityka pieniężna działa antyinflacyjnie kanałem kredytowym. Schłodzenie popytu tłumi wzrost cen bezpośrednio, ale też pośrednio, hamując wzrost płac. Dzisiaj to nie działa – nie tylko w Polsce. Pogorszenie koniunktury w gospodarce nie wywiera takiego wpływu na rynek pracy, jak dawniej. Nie ma praktycznie bezrobocia. Tak jest nawet w USA, choć tam populacja osób w wieku produkcyjnym nie maleje tak szybko, jak u nas. To są skutki zmiany stylu życia, większego nacisku na równowagę między życiem zawodowym a prywatnym. To są kwestie pokoleniowe, ale pandemia Covid-19 dodatkowo zmieniła sposób partycypacji w rynku pacy. Dlatego nawet gdybyśmy byli w normalnym cyklu koniunkturalnym, a nie stagflacyjnym, to NBP i tak nie musiałby zwracać uwagi na PKB, na rynek pracy. Bo tu nie ma żadnych powodów do zmartwień: bezrobocia nie ma, a wzrost płac utrzymuje się w okolicy 12 proc. rocznie. Ale nie jesteśmy w normalnym cyklu: przyczyną spowolnienia nie jest restrykcyjność polityki pieniężnej tylko wysoka inflacja. Nominalny popyt szybko rośnie, słaby jest tylko realny. Dalsze napędzanie popytu nominalnego nie przyspieszy wzrost popytu realnego, tylko utrwali inflację. Należy ją jak najszybciej zdławić. Dlatego powtórzę to, co mówię już od dłuższego czasu: w Polsce potrzebne jest ilościowe zacieśnienie polityki pieniężnej (odsprzedaż obligacji, które skumulował w ramach tzw. ilościowego łagodzenia polityki pieniężnej w latach 2020-2021 – red.). Jeśli nie chce tego zrobić NBP, to może to zrobić sam rząd, oferując atrakcyjne obligacje oszczędnościowe.

CV

Bogusław Grabowski

Doktor nauk ekonomicznych. W latach 1998–2004 był członkiem Rady Polityki Pieniężnej, wcześniej i później pracował na kierowniczych stanowiskach w sektorze finansowym, był m.in. prezesem Skarbiec TFI. Jest absolwentem Uniwersytetu Łódzkiego oraz University of Windsor w Kanadzie.

Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopę referencyjną NBP o 0,75 pkt proc., do 6 proc., znacznie bardziej, niż oczekiwali ekonomiści na podstawie sygnałów wysyłanych przez samych członków RPP. Czy w ostatnich tygodniach w polskiej gospodarce wydarzyło się coś, co uzasadniałoby największą obniżkę stóp od kryzysowego 2008 r.?

Nic takiego się nie wydarzyło. Z punktu widzenia logiki prowadzenia polityki pieniężnej przez niezależny bank centralny zgodnie ze strategią bezpośredniego celu inflacyjnego, ustalonego na 2,5 proc., ta decyzja jest absurdalna. Dlatego ekonomiści są nią zaskoczeni. Ja zaskoczony nie jestem. Od lat powtarzam, że NBP pod kierownictwem prezesa Adama Glapińskiego nie realizuje konstytucyjnego celu tej instytucji, którym jest dbanie o stabilność cen, tylko cel polityczny, jakim jest stabilność władzy Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście, stara się ten cel polityczny realizować tak, aby jak najmniej kolidował z właściwym celem. Dopóki to się udawało, dopóty ekonomiści nie dostrzegali tego, że orientacja NBP na cel inflacyjny jest tylko fasadą. Ale teraz doszło do dużej rozbieżności między celami banku centralnego.

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Klub ekspertów
Grabowski: Drugiej Grecji w Polsce nie będzie, ale koszty populizmu już ponosimy
Opinie Ekonomiczne
Czas porzucić złudzenia: NBP nie jest niezależnym bankiem centralnym
Klub ekspertów
Alfred Kammer: Bezrobocie w Europie nie jest tylko historycznym problemem
Klub ekspertów
Marcin Mazurek: Nie doceniamy witalności polskiej gospodarki
Klub ekspertów
Prof. Maciej Bałtowski: Bilans członkostwa Polski w UE jest jednoznacznie dodatni
Klub ekspertów
Łukasz Rachel: Jak zatopić rosyjską flotę cieni?