Grabowski: Drugiej Grecji w Polsce nie będzie, ale koszty populizmu już ponosimy

Ekonomiści niepotrzebnie bili na alarm w związku z polityką PiS? Tak może sądzić tylko ktoś, kto wyobraża sobie, że kryzys będzie wyglądał tak, jak mówił niedawno Adam Glapiński: że ludzie będą mieszkali pod mostami i jedli korzonki - mówi dr Bogusław Grabowski, były członek RPP.

Publikacja: 18.05.2023 03:00

Bogusław Grabowski

Bogusław Grabowski

Foto: Fotorzepa, Jerzy Dudek

W kraju trwa licytacja na obietnice wyborcze. Ekonomiści dość zgodnie oceniają, że takie poluzowanie polityki fiskalnej, jakie zapowiadają wszystkie właściwie partie, przy tak wysokiej inflacji, jest nieodpowiedzialne. A tymczasem złoty systematycznie się umacnia, a rentowność obligacji pozostaje stabilna. Jak to wytłumaczyć?

Na kurs złotego wpływają też uczestnicy rynku, którzy nie grają na walutach, nie starają się przewidywać kursu. Chodzi mi o firmy uczestniczące w handlu zagranicznym. Mniej więcej do końca III kwartału 2022 r. mieliśmy do czynienia z dużym wzrostem deficytu handlowego Polski, co wynikało z gwałtownego wzrostu cen kupowanych paliw i surowców energetycznych. Na import gazu, ropy i węgla w ub.r. wydaliśmy dwukrotnie więcej niż rok wcześniej. To się skumulowało w II i III kwartale, co prowadziło do deprecjacji złotego. Później doszło do spadku cen tych surowców. W tym roku saldo handlowe wyraźnie się poprawiło. To jeden z czynników prowadzących do umocnienia złotego. Drugim są nastroje na globalnym rynku kapitałowym. Inwestorzy grają na to, że najgorsze konsekwencje polityki antyinflacyjnej mamy za sobą. Rośnie więc apetyt inwestorów na ryzyko, co powoduje zainteresowanie aktywami z rynków wschodzących, takich jak Polska. To powoduje aprecjację ich walut. Złoty nie jest odosobniony, szybko umacnia się – przy ponad 20-proc. inflacji - także forint. Nie należy oceniać sytuacji makroekonomicznej w Polsce na podstawie wahań kursu złotego.

Propozycją wyborczą, która budzi najwięcej emocji, jest podwyższenie świadczenia wychowawczego z 500 zł do 800 zł. Program 500+ wymaga waloryzacji?

To nie jest dzisiaj pytanie do ekonomisty. Krytykowałem ten program przed jego wprowadzeniem, m.in. dlatego, że jeśli wprowadzi się taki masowy instrument pomocowy, to z niego nie da się wycofać. Dzisiaj wiemy, że decyzja o wprowadzeniu 500+ była błędem. W uzasadnieniu rząd pisał, że to będzie program pronatalistyczny, zwiększy przyrost naturalny. Jako taki, program ten poniósł kompletną porażkę. A jako instrument redukcji ubóstwa 500+ jest idiotycznie zaprojektowany, powinien mieć próg dochodowy. Wprowadzenie tego programu i jego utrzymywanie to decyzje polityczne. Ekonomista może je oceniać tylko przez pryzmat tego, jak wpływają na kondycję finansów publicznych. A to z kolei zależy od tego, jak taki instrument jest finansowany.

O to, czy program 500+ należy wygasić, zapytałem niedawno uczestników panelu ekonomistów „Rzeczpospolitej”. Większość była temu przeciwna. Zarazem wiadomo, że inflacja zmniejsza siłę nabywczą tego świadczenia, więc de facto ten program wygasza. Jeśli nie chcemy go likwidować, to waloryzacja jest niezbędna?

Podzielam zdanie większości ekonomistów. Teraz ważne jest moim zdaniem to, abyśmy nie przechodzili na waloryzację automatyczną, o wskaźnik inflacji albo tak, aby utrzymać stosunek wysokości świadczenia do płacy minimalnej. Widzimy, że ten program nie jest dobrze zaadresowany, nie realizuje efektywnie swoich celów. Będziemy mieli większą elastyczność zarządzania kosztami tego programu przez kwotowe, a nie automatyczne podwyższanie świadczeń.

Czytaj więcej

500 plus do reformy. Program zapuścił korzenie

Ale kwotowa waloryzacja jest uznaniową decyzją polityków, czyli będzie stosowana właśnie jako prezent przed wyborami.

Ależ ten program jest polityczny! Chodzi o to, że nie wiemy, jakie będą inne potrzeby wydatkowe za 5 albo 10 lat. Musimy zachować elastyczność decydowania, na co chcemy wtedy zwiększać wydatki.

Czyli teraz jednorazowa waloryzacja 500+ do 800+ jest potrzebna?

A zna pan jakąkolwiek siłę polityczną, poza Polską 2050 i Konfederacją, która jest temu przeciwna? Reprezentacja polityczna naszego społeczeństwa powiedziała, że waloryzujemy. Ekonomista może co najwyżej zastanawiać się, jaki to będzie miało wpływ na stan finansów publicznych. Czy to będzie skompensowane cięciem innych wydatków, czy nie? Jeśli taka waloryzacja będzie prowadziła do wzrostu deficytu sektora finansów publicznych, to może podtrzymywać wysoką inflację. Tak oczywiście być nie musi, jeśli bank centralny się temu przeciwstawi. Wtedy jednak skutkiem będzie niższe tempo wzrostu gospodarczego. Czyli: jeśli indeksacja 500+ doprowadzi do wzrostu deficytów – a teraz tego nie wiemy, skoro nie znamy innych planów budżetowych – to jej konsekwencją będzie wyższa inflacja albo niższy wzrost gospodarczy. Oczywiście, to wszystko przy założeniu, że inne warunki będą niezmienione. Bo może uda się uruchomić KPO i dojdzie do ożywienia w inwestycjach.

Czyli jeśli premier Donald Tusk chce podwyższyć świadczenie wychowawcze, to nie może jednocześnie podwoić kwoty wolnej od podatku do 60 tys. zł?

Nie można tak powiedzieć. Może będzie miał inne pomysły na zasypanie tego ubytku w finansach publicznych. Jeśli nie będą powtarzane dopłaty dla rolników i do zakupu opału, a ceny energii i gazu nie będą mrożone, to wydatki zmaleją o dziesiątki miliardów złotych. To oczywiście nie oznacza, że należy te pieniądze wydać na bieżącą konsumpcję. Lepiej byłoby na inwestycje.

Dlaczego tak się dzieje, że główne ugrupowania nie widzą innej drogi do wygranej w wyborach, niż zwiększanie rozmaitych transferów do gospodarstw domowych? Czy nie ma w tym trochę winy ekonomistów, którzy od lat bili na alarm, że polityka PiS prowadzi nas ku gospodarczej katastrofie, której jak dotąd nie widać? Teraz w takie ostrzeżenia, że będziemy drugą Grecją, nikt już nie wierzy.

Nie zgadzam się z panem. Nie sądzę, żeby ekonomiści odegrali jakąś negatywną rolę w rozkręceniu spirali populizmu, i aby mogli coś zrobić, żeby tę spiralę zahamować. Być może prawdą jest, że ekonomiści nie wyrażali się precyzyjnie. Ale to są wypowiedzi przez media, a więc często uproszczone. Kryzys grecki już się w Europie nie powtórzy, właśnie dlatego, że on już wystąpił i był lekcją dla inwestorów i dla UE. Wielokrotnie o tym mówiłem. Nigdy natomiast nie mówiłem, że nie możemy sobie na jakiś wydatek pozwolić, tylko co najwyżej, że to będzie miało negatywne konsekwencje. I te konsekwencje populistycznych recept już są.

Jakie? Jeśli wierzyć danym Komisji Europejskiej, Polska należy do najbardziej zrównoważonych gospodarek w UE.

Mamy spadek PKB przy 15-proc. inflacji oraz najszybszy przyrost długu publicznego w historii. Oczywiście, w stosunku do PKB dług maleje, ale nawet rząd w Aktualizacji Planu Konwergencji przyznaje, że to się zmieni. Już za trzy-cztery lata dług w relacji do PKB przekroczy poziom, z którego spadł dzięki wysokiej inflacji. Mamy najniższą od dekad stopę inwestycji akurat w czasie, gdy mamy duże potrzeby inwestycyjne związane z obronnością, cyfryzacją, transformacją energetyczną. Co jeszcze? W edukacji i ochronie zdrowia sytuacja jest katastrofalna. Mamy szpitale zadłużone na 20 mld zł, dwukrotnie większy za rządów PiS czas oczekiwania na wizyty u lekarzy specjalistów, chociaż znacząco wzrosła liczba osób, którzy korzystają z prywatnej opieki zdrowotnej. Ekonomiści tragizowali? Tak może sądzić tylko ktoś, kto wyobraża sobie, że kryzys będzie wyglądał tak, jak mówił niedawno stand-uper Adam Glapiński: że ludzie będą mieszkali pod mostami i jedli korzonki. Ale żaden rozsądny ekonomista o takim scenariuszu nie mówił.

Porozmawiajmy o innych propozycjach wyborczych. Na stole są m.in. podwyższenie kwoty wolnej od podatku do 60 tys. zł, kredyt na zero procent, budowa 300 tys. mieszkań, „babciowe”. Któryś z tych pomysłów się panu, jako ekonomiście, podoba?

Zdecydowanie najlepsze jest „babciowe”. To jest program nieomal bezkosztowy z perspektywy finansów publicznych. Żeby dostać te 1500 zł, trzeba pójść do pracy. Nawet jeśli ktoś otrzymuje minimalne wynagrodzenie, to jego składki i podatki są zbliżone do tych 1500 zł. Poza tym mała podaż pracowników to jest jeden z czynników obniżających potencjalne tempo wzrostu gospodarczego Polski.

Jeśli chodzi o propozycje dotyczące rynku nieruchomości, to muszę przyznać, że nie rozumiem, czym budowa mieszkań przez sektor publiczny różni się od tanich kredytów na zakup mieszkań. Jedno i drugie rozwiązanie to wydawanie pieniędzy publicznych na stymulowanie popytu na mieszkania. Te pieniądza trafią albo do kredytobiorcy, albo do samorządu, ale ostatecznie trafią do deweloperów. Państwo działa zawsze przez stronę popytową. No chyba, że rząd zacznie nacjonalizować deweloperów i tworzyć fabryki domów, jak w PRL-u. Jeśli państwo może jakoś pomóc w zwiększaniu podaży mieszkań, to przez regulacje: zwiększanie dostępności gruntów w miastach, dodawanie samorządom pieniędzy na inwestycje, np. w kolej dojazdową itp.

W programach wyborczych doceniam też to, że PO uzupełniła swoje pomysły na podwyższenie kwoty wolnej od PIT i waloryzację 500+ zmianą ustawy o NBP, aby umożliwić mu emisję obligacji detalicznych. To była moja propozycja, którą zgłosiłem rok temu. Jeśli w ramach spirali populizmu będziemy mieli większe wydatki budżetowe, prowadzące do wzrostu deficytów sektora finansów publicznych, NBP będzie mógł ściągać część popytu emitując obligacje, zamiast zarzynania kredytobiorców wysokimi stopami.

Skoro mowa o stopach, gdy rozmawialiśmy poprzednio, w październiku ub.r., mówił pan, że stopy procentowe nie są na właściwym poziomie, żeby wygrać walkę z inflacją. Teraz inflacja spada, nawet szybciej od oczekiwań ekonomistów. W kwietniu spadać zaczęła nawet inflacja bazowa, nie obejmująca cen energii i żywności. Polityka pieniężna okazała się właściwa?

Oczywiście, że nie. Warunki kredytowania od tego czasu się rozluźniły, bo spadł WIBOR, a KNF rozluźniła zasady oceny przez banki zdolności kredytowej gospodarstw domowych. Stopy procentowe są wciąż za niskie. Ekonomiści z MFW mówią wyraźnie, że jeśli bank centralny realizuje strategię bezpośredniego celu inflacyjnego, to dojście do tego celu, gdy inflacja jest wyższa, powinno trwać maksymalnie 24 miesiące. Można argumentować, że teraz inflacja wyskoczyła z powodu szoku zewnętrznego, a w takich warunkach czas dojścia do celu może być dłuższy. Niech wynosi np. 36 miesięcy. Ale my już od dwóch lat mamy inflację wyraźnie powyżej celu, a żadne prognozy nie wskazują na jej powrót do celu w ciągu najbliższych trzech lat. Mówienie, że NBP prowadzi politykę bezpośredniego celu inflacyjnego, ale dojdzie do niego po pięciu latach, to pajacowanie, a nie prowadzenie polityki pieniężnej. Prezes NBP zasłania się tym, że większe zacieśnienie polityki pieniężnej doprowadziłoby do wzrostu bezrobocia do 20 proc. To są brednie. Przy obecnej sytuacji demograficznej to jest niemożliwe.

Klub ekspertów
Prof. Maciej Bałtowski: Bilans członkostwa Polski w UE jest jednoznacznie dodatni
Materiał Promocyjny
Tajniki oszczędnościowych obligacji skarbowych. Możliwości na różne potrzeby
Klub ekspertów
Łukasz Rachel: Jak zatopić rosyjską flotę cieni?
Klub ekspertów
Sankcje nałożone na Rosję należy uszczelnić, ale nawet wtedy nie zdziałają cudów
Klub ekspertów
Piotr Lewandowski: AI to dla nas bardziej szansa niż zagrożenie
Materiał Promocyjny
Naukowa Fundacja Polpharmy ogłasza start XXIII edycji Konkursu o Grant Fundacji
Klub ekspertów
Piotr Bujak: Inflacja wkrótce znajdzie się poniżej celu NBP