Andrzej Halesiak: Unijne fundusze wciąż są nam potrzebne

Napływ funduszy z UE w stosunku do PKB Polski jest coraz mniejszy, ale to nie oznacza, że maleje ich znaczenie dla rozwoju polskiej gospodarki – mówi Andrzej Halesiak, członek Towarzystwa Ekonomistów Polskich.

Publikacja: 29.09.2023 13:00

Andrzej Halesiak, członek TEP oraz Rady Programowej Kongresu Obywatelskiego

Andrzej Halesiak, członek TEP oraz Rady Programowej Kongresu Obywatelskiego

Foto: materiały prasowe

Czy Polsce grozi utrata dostępu do unijnych funduszy? W tym roku kończy się czas na wykorzystanie środków z puli na lata 2014-2020. Tymczasem według raportu firmy Grant Thornton uruchamianie funduszy z puli na lata 2021-2027 idzie nam wyjątkowo wolno. Zresztą, zanim rząd nie spełni wytycznych KE dotyczących praworządności, na te fundusze – podobnie jak na środku z europejskiego Funduszu Odbudowy – nie ma co liczyć. A rząd tych wytycznych spełnić nie zamierza.

Nie potrafię powiedzieć, na ile prawdopodobne jest to, że transfery z UE zostaną wstrzymane. Mogę jednak odpowiedzieć na pytanie, jakie miałoby to konsekwencje. W moim przekonaniu utrata dostępu do unijnych funduszy byłaby bardzo zła dla Polski. Kwoty, na które możemy liczyć, w relacji do PKB nie są już tak znaczące, jak były na początku naszego członkostwa w UE, ale wciąż są znaczące. Ale ważniejsze jest to, że te fundusze, które moglibyśmy otrzymać w najbliższych latach, są w dużej mierze przeznaczone na procesy transformacyjne, których polska gospodarka bardzo potrzebuje: na cyfryzację i zieloną transformację. Programy unijne popychałyby nas ku realizacji takich projektów. Nie chodzi tylko o to, że finansowałyby same inwestycje, ale wymuszały reformy, które muszą iść z tymi inwestycjami w parze.

Prezes NBP Adam Glapiński regularnie powtarza, że fundusze z UE nie są nam już potrzebne. To oczywiście dobrze, gdy napływają, ale ich brak niewiele w perspektywach gospodarki zmienia. Jeśli to prawda, to rząd może utrzymywać, że utrata funduszy to jest cena, którą warto zapłacić za większą swobodę w polityce wewnętrznej, np. za możliwość zreformowania sądownictwa.

Z tezą prezesa NBP trudno się zgodzić. Projekty współfinansowane przez UE podlegają bardzo dokładnej weryfikacji, czy pieniądze są sensownie wydawane. Dlatego przełożenie tych inwestycji na gospodarkę, na potencjał rozwojowy, jest wysokie. Skala napływu tych funduszy jest więc drugorzędna. Prawdopodobnie bylibyśmy w stanie wygospodarować takie same środki na inwestycje, choć większym kosztem. Ale gdy to rząd decyduje o tym, na co wydawać pieniądze, istnieje ryzyko, że dużą rolę odgrywałyby względy polityczne, a nie merytoryczne. Brak skrupulatnej kontroli nad wydatkami, która wiąże się z funduszami unijnymi, zmniejsza efektywność tych wydatków.

Wstrzymanie przez UE transferów do Polski z pewnością sprowokuje głosy, że w takim razie nie powinniśmy też płacić składki członkowskiej. To brzmi jak prosta droga do dyskusji o Polexicie. Czy taka jest stawka październikowych wyborów parlamentarnych?

Trudno dzisiaj taki scenariusz całkowicie wykluczyć. Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że nasze członkostwo w UE nie podlega dyskusji. Teraz zaś wyraźnie nasila się narracja, że Unia tak naprawdę niewiele nam daje. Pojawia się znowu ryzyko przywrócenia kontroli na granicach, co takie głosy może nasilać. Widać osłabienie tendencji integracyjnych. Ta dyskusja jest niebezpieczna, bo koncentruje się często właśnie na funduszach, a pomija się w niej to, że największe korzyści z integracji europejskiej odnosimy z tytułu dostępu do unijnego, olbrzymiego rynku.

W jakiej kondycji jest polska gospodarka w przededniu wyborów? Czy rzeczywiście widać, aby dławiła ją nadmiernie restrykcyjna polityka pieniężna? Takie było bowiem uzasadnienie wrześniowej obniżki stóp procentowych przez RPP.

Ocenę stanu gospodarki utrudnia to, że mamy problem z porównywalnością danych. Ostatnie trzy lata to okres jednorazowych wydarzeń, takich jak pandemia, szok dostosowawczy po jej zakończeniu, oraz wybuch wojny w Ukrainie. W I połowie 2022 r. mieliśmy ogromny napływ uchodźców oraz dalszą nadbudowę zapasów w firmach, związaną z podwyższoną niepewnością. Poziom aktywności w gospodarce w tym roku odnosimy do tej zawyżonej bazy. Na pewno mamy do czynienia z osłabieniem siły nabywczej dochodów gospodarstw domowych, wynikającym z wysokiej inflacji. Ten efekt powoli jednak zanika. Płace zaczynają już rosnąć w tempie przekraczającym inflację, a do tego w 2024 r. do gospodarstw domowych zaczną płynąć zwiększone transfery społeczne. Konsumpcja będzie się odbudowywała. Nieco inaczej rysują się perspektywy inwestycji, które w tym roku rosną zaskakująco szybko.

Inwestycje rosną pomimo słabości popytu zarówno konsumpcyjnego, jak i zewnętrznego. To pewien paradoks. Czy to potwierdzenie, że spowolnienie jest w pewnej mierze iluzją statystyczną, a firmy dobrze oceniają perspektywy gospodarki?

Silny popyt inwestycyjny w Polsce częściowo wynika z cyklu wyborczego. Inwestycje publiczne zawsze są mocne w przededniu wyborów samorządowych. Większym zaskoczeniem jest to, co dzieje się w sektorze przedsiębiorstw. Moja hipoteza jest taka, że to jest opóźniony efekt dostosowań postpandemicznych. Widzimy na przykład intensywną wymianę środków transportu w firmach, bo do niedawna były one trudno dostępne. Dominują inwestycje odtworzeniowe, słabsze są inwestycje w nowe moce, choć i takie się pojawiają. To z kolei można wiązać ze strukturalnymi zmianami w polskiej gospodarce. Firmy muszą dostosować się do czterech nakładających się na siebie szoków: energetycznego, geostrategicznego, technologicznego i demograficznego. Ten ostatni trwa już od dawna, ale długo był nieodczuwalny w gospodarce, bo mieliśmy spore bezrobocie. Gospodarka wchłonęła już jednak nadwyżkę rąk do pracy, bezrobocia praktycznie nie ma, a pracowników zaczyna brakować. Firmy muszą się dostosować do zmieniającej się relacji cen między pracą a kapitałem. Do tego dochodzą zmiany stosunku cen surowców do cen finalnych dóbr i usług oraz duże wahania kursów walut.

W kampanii wyborczej pojawiają się propozycje wielu reform o sporym, jak się wydaje, wpływie na gospodarkę. PiS chce wprowadzenia emerytur stażowych, PO proponuje podwojenie kwoty wolnej od PIT i podwyższenie płac nauczycieli o 30 proc., Lewica zapowiada skrócenie tygodnia pracy do 35 godzin. Czy którąś z tych oraz innych propozycji można uznać za odpowiedź na wyzwania, o których pan mówi?

Dla sprawnego przebiegu procesów transformacyjnych najważniejsze są stabilne warunki inwestycyjne. Wiele spośród tych zapowiadanych zmian podatkowych i regulacyjnych będzie kolejną falą zamieszania w gospodarce, podczas gdy firmy potrzebują stabilności. Te cztery szoki, które wymieniłem, same są źródłem niestabilności, a my kreujemy dodatkową niestabilność w polityce gospodarczej. Druga ważna kwestia to kompetencje. W najbliższych latach będziemy silnie odczuwać ich erozję. Część kompetencji, które ludzie posiadają, stanie się nieprzydatna, a jednocześnie brakowało będzie nowych kompetencji. Nie widzę, żeby w którymś programie wyborczym była o tym mowa. Są propozycje zmian w systemie edukacyjnym, ale ludzie, których to będzie dotyczyło, wejdą na rynek pracy za kilka, a nawet kilkanaście, lat. Bardziej chodzi więc o to, żeby zmienić rolę i sposób funkcjonowania urzędów pracy, stworzyć bodźce do aktualizowania kompetencji przez już pracujących. To jest klucz do naszej konkurencyjności. Trzecia istotna kwestia to umożliwienie swobodnego przepływu zasobów. Gdy zachodzą zmiany strukturalne, ważne jest, aby wszelkie zasoby – ludzie, aktywa i kapitał – mogły łatwo przesuwać się ze schyłkowych zastosowań do tych perspektywicznych. Problemem jest rynek kapitałowy, którego rozwój napotyka poważne bariery. Mamy wprawdzie Strategię Rozwoju Rynku Kapitałowego, ale istnieje niespójność między deklaracjami w niej zawartymi a faktycznymi działaniami. Ta strategia zakłada budowanie zaufania do rynku kapitałowego, a tymczasem nieustanne zmiany regulacyjne i rzucane przez różnych ministrów pomysły to zaufanie do rynku podważają.

Podwyższona inflacja, z którą zmaga się dziś większość państw, w pewnym stopniu jest konsekwencją zmian strukturalnych, o których pan mówi. Jednocześnie inflacja może tym procesom sprzyjać – na przykład może usprawniać przepływ zasobów. To jest jeden z argumentów w dyskusji o tym, że cele inflacyjne na świecie mogą wymagać rewizji. Taka dyskusja toczy się na przykład w USA.

Nie mam przekonania, że wysoka inflacja jest korzystna dla dostosowań w firmach. Zgadzam się jednak, że możemy mieć do czynienia z okresem podwyższonej inflacji, ale będzie to związane raczej z faktem, że korzysta na tym sektor publiczny. Podwyższona inflacja pozwala obniżać relację zadłużenia do PKB, nawet gdy sam dług w ujęciu nominalnym szybko rośnie. Nie zdziwiłbym się, gdyby to miało wpływ na restrykcyjność polityki pieniężnej w Polsce. Dla finansów publicznych niebezpieczny jest scenariusz gwałtownego spadku inflacji. Może bowiem dojść do tego, że wydatki będą szybko rosły ze względu na indeksację, a jednocześnie baza podatkowa nie będzie rosła.

Klub ekspertów
Alfred Kammer: Bezrobocie w Europie nie jest tylko historycznym problemem
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Klub ekspertów
Marcin Mazurek: Nie doceniamy witalności polskiej gospodarki
Klub ekspertów
Prof. Maciej Bałtowski: Bilans członkostwa Polski w UE jest jednoznacznie dodatni
Klub ekspertów
Łukasz Rachel: Jak zatopić rosyjską flotę cieni?
Klub ekspertów
Sankcje nałożone na Rosję należy uszczelnić, ale nawet wtedy nie zdziałają cudów