dr Paweł Bukowski: Redystrybucja w Polsce nie działa

System podatkowo-składkowy w Polsce oraz siatka świadczeń społecznych w zasadzie nie niwelują nierówności dochodowych w Polsce. Rozwarstwienie dochodów będzie coraz silniejszym hamulcem polskiej gospodarki – ocenia dr Paweł Bukowski z PAN.

Aktualizacja: 14.12.2023 12:10 Publikacja: 30.11.2023 03:00

dr Paweł Bukowski: Redystrybucja w Polsce nie działa

Foto: mat. pras.

Pański artykuł z 2017 r. o nierównościach dochodowych w Polsce wywołał spore kontrowersje. Pokazał pan, że nierówności te są zdecydowanie wyższe, niż się wcześniej wydawało, jeśli do tradycyjnie wykorzystywanych w takich badaniach danych z ankiet dołączy się też dane z zeznań podatkowych. Kilka dni temu ukazał się nowy artykuł, który napisał pan wspólnie z Filipem Novokmetem, Markiem Skawińskim i Pawłem Chrostkiem. Czy wyniki tych nowych badań znów zaskakują?

Zacznę od wytłumaczenia różnicy pomiędzy nowymi badaniami a tymi sprzed kilku lat. Dane sondażowe w Polsce dość dobrze opisują dochody osób biedniejszych i średniozamożnych, ale praktycznie w ogóle nie pokazują dochodów najbogatszych. Miary nierówności, oparte wyłącznie na sondażach, które np. publikuje GUS, dają więc bardzo zakrzywiony obraz. My te sondażowe dane staraliśmy się poprawić danymi z Ministerstwa Finansów dotyczących wpływów z PIT. Kilka lat temu dysponowaliśmy jednak tylko danymi zagregowanymi, które pokazywały ogólnie dochody najbogatszych. Ale nie byliśmy w stanie wejść głębiej w te nierówności, w ich przyczyny, nie mogliśmy zobaczyć różnic między kobietami i mężczyznami, różnymi miejscami w Polsce itp. Nowe badanie zrobiliśmy we współpracy z Ministerstwem Finansów, co dało nam dostęp do danych jednostkowych na temat podatku PIT. Uznaliśmy zdecydowanie bardziej dokładny obraz sytuacji dochodowej polskiego społeczeństwa. Szczerze powiedziawszy, nie wiem, czy są jakieś lepsze danych o sytuacji ekonomicznej Polaków, niż właśnie te podatkowe. Dzięki temu mogliśmy głęboko wejrzeć w strukturę nierówności w Polsce. Zobaczyliśmy, w jakim stopniu różnice w dochodach zależą od płci, miejsce zamieszkania, czy źródła dochodu

Coś w tym dokładniejszym obrazie nierówności było dla pana zaskakujące?

Jeżeli chodzi o poziom nierówności czy trendy, ten obraz jest spójny z tym, który pokazaliśmy wcześniej. Zaskoczył mnie natomiast przestrzenny wymiar nierówności. Tereny wiejskie siłą rzeczy są w Polsce biedniejsze niż miasta, szczególnie duże. Ale w horyzoncie ostatnich 20 lat powoli zbliżają się one do terenów miejskich. Wciąż najwięcej bogatych żyje w dużych miastach, w metropoliach. Ale ta grupa staje się stopniowo coraz mniej reprezentatywna dla ogółu bogatych. Zwiększa się odsetek ludzi zamożnych mieszkających w mniejszych ośrodkach, nawet nie tyle w miasteczkach, ile w zurbanizowanych wsiach.

To odzwierciedla odpływ zamożnych ludzi na przedmieścia, do miejscowości z obwarzanków metropolii?

Też, ale nie tylko. Z jednej strony mamy taką Podkowę Leśną – typową zamożną miejscowość z obwarzanka Warszawy, ale z drugiej strony jest w Polsce wiele np. terenów wiejskich, które mają swego rodzaju klastry przemysłowe. Na przykład w województwie wielkopolskim są gminy, w których jest dobrze rozwinięty przemysł meblarski, mamy też gminy z silnym przetwórstwem spożywczym. Te klastry kreują sporą liczbę milionerów, którzy mieszkają na terenach wiejskich. Spodziewałem się, że miasta pod tym względem uciekają wsiom, a okazało się, że jest odwrotnie.

Czytaj więcej

Nierówności dochodowe Polaków podzieliły badaczy

Jak Polska pod względem skali nierówności dochodowych wypada na tle innych państw Europy Środkowo-Wschodniej i referencyjnych krajów Zachodu?

Skupmy się na najsłynniejszej mierze nierówności, czyli odsetku dochodu krajowego, który trafia do górnego procenta najbogatszych. Do około 300 tys. najlepiej sytuowanych Polaków w 2018 r. trafiało około 13,4 proc. całkowitego dochodu. W Niemczech, które są krajem sporych nierówności, ten wskaźnik wynosi około 13 proc., a w Wielkiej Brytanii około 12 proc. W Czechach to mniej więcej 10 proc., a w Szwecji bliżej 9 proc. Pod względem nierówności jesteśmy więc w europejskiej czołówce. Nierówności są być może wyższe w Rumunii, Bułgarii i Estonii, ale nie dysponujemy stamtąd tak dobrymi danymi jak nasze.

Jeśli chodzi o trend: w świetle państwa badań nierówności dochodowe – mierzone właśnie udziałem 1 lub 10 proc. najlepiej zarabiających w całkowitym dochodzie – systematycznie malały od 2007 do 2013 r., a potem weszły w łagodny trend wzrostowy. Z czego ta zmiana wynikała?

Przyczyn może być wiele. Zacznę od tego, że mówimy teraz o dochodzie przed opodatkowaniem i przed transferami. Czyli zmiany w polityce społecznej, które nastąpiły po dojściu PiS do władzy, takie jak wprowadzenie 500+, nie powinny na ten trend wpływać. Moja hipoteza jest taka, że nierówności w Polsce silnie reagują na koniunkturę. Bogaci w znacznie większym stopniu korzystają z wzrostu gospodarczego. Wzrost nierówności jest u nas w pewnym stopniu skutkiem ubocznym wzrostu gospodarczego. Przy czym wynika to z cech strukturalnych polskiej gospodarki, tego, jak ją zorganizowaliśmy, a nie z naturalnych praw ekonomii.

Lwia część dochodów najzamożniejszych pochodzi z działalności gospodarczej. I to właśnie ten rodzaj dochodów najszybciej rośnie, gdy gospodarka się szybko rozwija?

Tak, wzrost relatywnie silniej zwiększa dochody z działalności gospodarczej niż z pracy. Ponieważ bogaci to głównie osoby prowadzące działalność gospodarczą, w okresie prosperity przypada im coraz większa część tortu.

Rozmawiamy o stanie wiedzy o nierównościach w 2018 r. Jak rozkład dochodów zmieniał się w kolejnych latach?

Wydaje mi się, że po tej dacie nierówności dalej rosły. Wiemy np., że pandemia w wielu innych krajach spowodowała wzrost nierówności. Tak choroba, jak i wszystkie restrykcje, które wprowadzano w celu jej zatrzymania, w większym stopniu dotykały osób biednych niż bogatych. Ci drudzy częściej są w stanie pracować z domu, więc rzadziej tracili pracę niż biedniejsi. W Polsce widoczne było to, że dzieci z biedniejszych rodzin w większym stopniu dotknięte były zamykaniem szkół niż dzieci z bogatszych rodzin. To będzie miało wpływ na nierówności dochodowe w dłuższym okresie, za 10-20 lat, gdy te dzieci wejdą na rynek pracy. Kolejnym źródłem wzrostu nierówności była prawdopodobnie inflacja. To zjawisko też w większym stopniu uderza w dochody i majątki osób biedniejszych.

Narzędzia redystrybucji w Polsce są dość mało progresywne, a przez to dość mało skuteczne. Rząd PiS próbował to zmienić, ale ostatecznie zabrakło mu zdolności lub woli politycznej, żeby doprowadzić to do końca. Uważam, że Polacy nienawidzą podatków i wszelkie rozmowy na ten temat są bardzo emocjonalne, a mało merytoryczne, więc ciężko system redystrybucji poprawić.

dr Paweł Bukowski

Czy polski rząd skutecznie niweluje dysproporcje dochodowe? Transfery i podatki zmniejszają nierówności?

Nie. System podatkowo-składkowy w Polsce oraz siatka świadczeń społecznych tak naprawdę nie zmieniają nic, jeśli chodzi o nierówności. Oczywiście, polityka państwa pomaga trochę osobom z dołu rozkładu dochodów, tzn. zwiększa ich dochody relatywnie do innych, ale – co wiele osób może zaskakiwać – pomaga też najbogatszym, tym z górnego procentu rozkładu dochodów. Przegranym redystrybucji w Polsce jest klasa średnia. Po pierwsze, samozatrudnieni mogą korzystać z podatku liniowego. Dodatkowo w 2018 r. składki na ubezpieczenia społeczne płaciło się tylko do trzydziestokrotności przeciętnego wynagrodzenia. Program 500+ nie był i nie jest kierowany go najbiedniejszych, tylko do wszystkich. Krótko mówiąc, narzędzia redystrybucji w Polsce są dość mało progresywne, a przez to dość mało skuteczne. Rząd PiS próbował to zmienić, ale ostatecznie zabrakło mu zdolności lub woli politycznej, żeby doprowadzić to do końca. Uważam, że Polacy nienawidzą podatków i wszelkie rozmowy na ten temat są bardzo emocjonalne, a mało merytoryczne, więc ciężko system redystrybucji poprawić. Problem widać było i za rządów PO.

Nowy rząd, jak sądzi wielu ekonomistów, będzie musiał podnieść podatki, żeby ograniczyć deficyt sektora finansów publicznych. Powinien zacząć od zmniejszenia przywilejów podatkowo-składkowych prowadzących działalność gospodarczą?

W mojej ocenie tak. Rekomendowałbym równe traktowanie osób prowadzących działalność gospodarczą i pracowników najemnych. To wymagałoby, po pierwsze, likwidacji podatku liniowego. Tak jest na przykład w Wielkiej Brytanii: stawki PIT są takie same dla każdego źródła dochodu. Po drugie, należałoby powiązać składki na ZUS z dochodem także w przypadku osób prowadzących działalność gospodarczą, bo brak tego związku sprawia, że najbogatsi w Polsce płacą często minimalną składkę w stosunku do dochodu. Natomiast biedniejsi, w tym niektórzy drobni przedsiębiorcy, płacą gigantyczny procent swojego dochodu. Ale czy takie zmiany uda się wprowadzić? Wątpię. Myślę, że w nowej koalicji rządowej dominują raczej głosy sprzyjające przedsiębiorcom.

Ekonomiści zwykli uważać, że pewien poziom nierówności dochodowych jest pożądany, sprzyja rozwojowi gospodarki. Czy w Polsce zróżnicowanie dochodów stało się szkodliwe?

Klasyczny argument był taki, że nierówności mogą być korzystne, ponieważ bogaci mają wyższą stopę oszczędności niż reszta społeczeństwa. Z tego wynikało, że im większe nierówności, tym więcej oszczędności w gospodarce i więcej inwestycji, szybsza akumulacja kapitału i szybszy wzrost. To dobry opis wzrostu gospodarczego w czasie pierwszej fali uprzemysłowienia w Wielkiej Brytanii w XVIII w. Natomiast ten mechanizm traci na znaczeniu, gdy to kapitał ludzki staje się głównym motorem wzrostu gospodarczego. To zmienia zależność pomiędzy nierównościami i wzrostem. O ile nierówności mogą być korzystne dla akumulacji kapitału fizycznego, to w przypadku kapitału ludzkiego, czyli tego, co mamy w głowach, są obciążeniem. Nierówności sprawiają, że część społeczeństwa nie jest w stanie w pełni wykorzystać swojego potencjału. Tracimy na tym wszyscy, ponieważ mamy mniejszy zasób kapitału ludzkiego. Moim zdaniem Polska wchodzi właśnie w okres, gdy tempo wzrostu gospodarczego determinowały będą nasze umysły, a nie maszyny. Sądzę, że w ostatnich 45 latach nierówności nie przeszkadzały w rozwoju polskiej gospodarki, ale w najbliższych 10–20 latach staną się hamulcem. Możemy stać się krajem, który chciał dogonić Niemcy, ale nie jest w stanie przebić bariery technologicznej.

Nieoczywistym wnioskiem z państwa badań jest to, że w Polsce systematycznie zwiększa się luka płacowa między mężczyznami a kobietami. Przeciętnie dochody mężczyzn są o 33 proc. wyższe niż kobiet. Ta miara, odnosząca się do całkowitego dochodu, a nie np. płacy godzinowej, jest wrażliwa na różnice w czasie pracy. To prowadzi do pytania, czy powolny wzrost tej luki po 2013 r. nie jest po prostu skutkiem ubocznym rosnącej aktywności zawodowej kobiet? Wiele kobiet jest w stanie podjąć pracę tylko w niepełnym wymiarze godzin, więc choćby z tego powodu ich dochody są niższe niż mężczyzn. Ale jednocześnie to, że takie możliwości zatrudnienia w ogóle dzisiaj istnieją, oznacza poprawę sytuacji kobiet na rynku pracy.

Nasza definicja tej luki nie odnosi się do płac, tylko do dochodów. Czyli nie braliśmy pod uwagę tylko dochodów z pracy, ale też z działalności gospodarczej i emerytur. Kobieta, która w ogóle nie pracuje i ma zerowe dochody, też jest uwzględniona w tych obliczeniach. Sposób mierzenia luki płacowej stosowany np. przez Eurostat, odnoszący się do różnic w płacy godzinowej, zawęża grupę badawczą do osób, które pracują. Tak mierzona luka wynosi od 4 do 10 proc. i może rzeczywiście być wrażliwa na trendy w aktywności zawodowej kobiet. Te, które wchodzą na rynek pracy, być może podejmują początkowo trochę gorzej płatne prace. Ale w naszym ujęciu to nie jest istotne, bo w próbie są wszystkie osoby dorosłe. To, że w świetle naszych badań luka płacowa jest tak duża i rośnie, wynika w dużej mierze z tego, że kobiety znacznie rzadziej niż mężczyźni prowadzą działalność gospodarczą. A jak już mówiłem, w Polsce wzrost gospodarczy relatywnie bardziej podnosi dochody z działalności gospodarczej niż z pracy najemnej.

Jakie znaczenie ma starzenie się ludności, czyli to, że przybywa emerytów, a w tej grupie dominują kobiety?

To oczywiście tłumaczy sporą lukę w samych dochodach z emerytury. Po pierwsze, różnice w wysokości świadczeń mężczyzn i kobiet odzwierciedlają poprzednie różnice w płacach. Skoro mamy lukę płacową wśród osób pracujących, to ona automatycznie powoduje lukę w emeryturach. Do tego kobiety przechodzą na emeryturę wcześniej niż mężczyźni, czyli mają mniej czasu na akumulowanie oszczędności, a jednocześnie dłużej żyją, więc muszą dłużej z tych oszczędności korzystać. To też obniża ich emerytury relatywnie do mężczyzn.

CV

Dr Paweł Bukowski

Jest wykładowcą ekonomii w University College London (UCL) oraz w Polskiej Akademii Nauk. Jest współtwórcą grupy eksperckiej Dobrobyt na Pokolenia oraz członkiem Concilium Civitas. W pracy naukowej zajmuje się nierównościami społecznymi oraz ekonomią rynku pracy. Jest uczestnikiem panelu ekonomistów „Rzeczpospolitej”. ∑

Klub ekspertów
Prof. Maciej Bałtowski: Bilans członkostwa Polski w UE jest jednoznacznie dodatni
Materiał Promocyjny
Tajniki oszczędnościowych obligacji skarbowych. Możliwości na różne potrzeby
Klub ekspertów
Łukasz Rachel: Jak zatopić rosyjską flotę cieni?
Klub ekspertów
Sankcje nałożone na Rosję należy uszczelnić, ale nawet wtedy nie zdziałają cudów
Klub ekspertów
Piotr Lewandowski: AI to dla nas bardziej szansa niż zagrożenie
Materiał Promocyjny
Naukowa Fundacja Polpharmy ogłasza start XXIII edycji Konkursu o Grant Fundacji
Klub ekspertów
Piotr Bujak: Inflacja wkrótce znajdzie się poniżej celu NBP