Jeśli nie będziemy więcej inwestować, nie staniemy się naprawdę bogaci

Do końca bieżącej dekady możemy dogonić część mniej rozwiniętych krajów Zachodu, ale to jeszcze nie zapewni nam miejsca w grupie państw animujących postęp gospodarczy i cywilizacyjny – mówi prof. Marcin Piątkowski.

Publikacja: 19.03.2023 23:20

Jeśli nie będziemy więcej inwestować, nie staniemy się naprawdę bogaci

Foto: mat. pras.

Prezes NBP Adam Glapiński twierdzi, że pod względem poziomu rozwoju gospodarczego Polska za trzy lata dogoni Hiszpanię, za pięć lat Włochy, a za osiem lat Francję. Czy wyniki tego pościgu na pewno są już przesądzone? A może powinniśmy naszą rozmowę zacząć od pytania, czy w ogóle dogonimy te kraje zachodniej Europy?

Już od kilkunastu lat, a ostatnio w mojej książce „Europejski lider wzrostu”, zwracałem uwagę, że do końca bieżącej dekady możemy dogonić część mniej rozwiniętych krajów Zachodu. I tak się stało. Grecję i Portugalię już wyprzedziliśmy. Do końca dekady powinno nam udać się dogonić również Hiszpanię. To by oznaczało powrót do historycznego poziomu relatywnego rozwoju, bo przez kilka stuleci przed II wojną światową Polska była mniej więcej na takim samym niskim poziomie rozwoju co Hiszpania. Klin między Polskę a Hiszpanię wbiły dopiero wojna i potem PRL, szczególnie w latach 1960–1989, ale od lat 90. XX w. nadrabiamy zaległości. O ile nie popełnimy żadnych katastrofalnych błędów, o tyle ten proces będzie trwał, aż Hiszpanię dogonimy, pewnie do końca dekady.

W wypowiedzi prezesa NBP uwagę przyciągnęła przede wszystkim perspektywa dogonienia Francji w ciągu niespełna dekady. To realne?

Mam co do tego wątpliwości. Obawiam się, że bez zmiany instytucji i kultury oraz ogromnych inwestycji w siebie nie będziemy w stanie dołączyć do bardzo wąskiej grupy państw w Europie i na świecie, które nie tylko są bogate, ale też odpowiadają za gros światowego postępu technologicznego i cywilizacyjnego. W tym rdzeniu jest może dziesięć państw, m.in. USA, Niemcy, Japonia, Korea Płd., Szwecja i właśnie Francja. Nawet czysto arytmetycznie Francję ciężko będzie dogonić. Obecnie poziom PKB per capita – z zachowaniem parytetu siły nabywczej – w Polsce to około 77 proc. poziomu Francji. Gdyby tak liczony PKB rósł w Polsce o 3 proc. rocznie, a we Francji o połowę wolniej, to i tak potrzebowalibyśmy jeszcze co najmniej jednego pokolenia, aby Francję dogonić. Do końca dekady to niemożliwe. Ale nawet dogonienie tego kraju nie gwarantowałoby nam przynależności do rdzenia, co pokazuje przypadek Hiszpanii. To kraj, który kilkanaście lat temu dogonił średni poziom dochodu w UE, ale potem znalazł się w stagnacji i relatywnie cofnął się w rozwoju. Teraz jest na poziomie tylko 83 procent średniego dochodu w Unii. Polsce też będzie grozić takie ryzyko stagnacji, chociaż raczej dopiero po 2030 r.

A co z Włochami?

Przy założeniu, że Polska będzie się rozwijała w tempie 3 proc. rocznie, a Włochy w tempie 1 proc. rocznie, mamy duże szanse, żeby w ciągu jednej dekady ich dogonić. Podobnie z Japonią. Ale mówimy cały czas o dogonieniu pod względem PKB per capita z zachowaniem parytetu siły nabywczej, czyli z uwzględnieniem faktu, że np. fryzjer cały czas kosztuje o wiele mniej w Milanówku niż w Mediolanie. To oznacza, że nasze zarobki w przeliczeniu na euro będą wciąż niższe, ale w kraju będą miały podobną siłę nabywczą co zarobki Włochów czy Japończyków w ich krajach, bo u nas ciągle poziom cen będzie niższy. Ale jakość życia zależy nie tylko od poziomu dochodów, ale też od majętności. Pod tym względem długo jeszcze nie dogonimy państw Zachodu, nawet Hiszpanii. Tam dochody były kumulowane przez dziesiątki, a niekiedy setki lat, co widać na ulicach Madrytu, Rzymu czy Tokio.

Wspomniał pan, że nawet gdy dogonimy Hiszpanię pod względem poziomu dochodów z zachowaniem parytetu siły nabywczej, to nominalnie nasze dochody wciąż będą sporo niższe. To efekt słabości złotego. Czy powinniśmy dążyć do tego, aby polska waluta była znacznie silniejsza?

Nie. Na obecnym poziomie rozwoju lepiej jest, aby kurs złotego wspierał konkurencyjność polskich eksporterów, niż żeby zapewniał tańszy wyjazd na narty we Włoszech. My wciąż nadrabiamy 500-letnie zapóźnienie rozwojowe, więc ta konkurencyjność jest ważniejsza niż siła nabywcza naszych dochodów za granicą. Sam kurs waluty nie jest jednak najważniejszym źródłem dużej konkurencyjności polskiego eksportu. Inne źródła –wysoka wydajność pracy w stosunku do jej ceny, otwarte granice, wysoka jakość kapitału ludzkiego – są o wiele ważniejsze. To właśnie mocne fundamenty pozwoliły nam dobrze przeżyć kryzysy: najpierw w 2009 r., a potem w czasie pandemii. Żaden kraj UE, pomijając Irlandię, nie zanotował w latach 2019–2022 wyższego wzrostu gospodarczego niż Polska. Musiałoby się wydarzyć dużo złych rzeczy, żebyśmy tę konkurencyjność nagle utracili. Boję się jednak, że pozwoli ona nam jedynie na zrównanie się pod względem poziomu dochodów z krajami z południa Europy, ale na niewiele więcej. Będziemy bogatsi niż kiedykolwiek wcześniej w naszej historii i nasz gospodarczy złoty wiek będzie trwał, ale nie dołączymy do twardego rdzenia światowej gospodarki.

Z czego wynikają te obawy?

Za mało inwestujemy w czynniki determinujące konkurencyjność w długim terminie: edukację, naukę i innowacje. Jednocześnie osłabiamy, zamiast umacniać, zachodnie instytucje, takie jak niezależne sądy czy merytokratyczna administracja publiczna. Dobrym punktem odniesienia jest Korea Płd. To jest kraj, który dołączył do światowego gospodarczego rdzenia, ale tam inwestycje publiczne przez długie dekady przekraczały 5 proc. PKB, w Polsce wynoszą tylko trochę ponad 4 proc. PKB. W Korei 70 proc. młodzieży ma wyższe wykształcenie, a u nas tylko 40 proc. Na badania i rozwój w Korei wydaje się około 5 proc. PKB, w Polsce zaś mniej niż 1,5 proc. PKB. Realne wynagrodzenia nauczycieli, w tym akademickich, u nas spadają, co stwarza ryzyko, że będzie coraz mniej chętnych. Można powiedzieć, że naszą gospodarkę ciągnie na razie jedna grupa mięśni, ale zaniedbaliśmy rozwój innych, bardziej wyrafinowanych grup. I to w końcu sprawi, że nie będziemy w stanie dalej gonić państw rdzenia. Oczywiście, dogonienie Hiszpanii czy Włoch pod względem poziomu dochodów to będzie sam w sobie historyczny sukces, ale nie powinniśmy osiadać na laurach. Musimy myśleć o tym, co zrobić, aby nie zostać w gospodarczej drugiej lidze na zawsze.

Za mało inwestujemy w czynniki determinujące konkurencyjność w długim terminie: edukację, naukę i innowacje. Jednocześnie osłabiamy, zamiast umacniać, zachodnie instytucje, takie jak niezależne sądy czy merytokratyczna administracja publiczna. 

Prof. Marcin Piątkowski

Czy z powodu szybkiego starzenia się ludności jesteśmy skazani na taką strukturę wydatków publicznych, w której dominują wydatki socjalne, wspierające konsumpcję, kosztem wydatków prorozwojowych?

Nie. Pod względem demografii jesteśmy w podobnej sytuacji co większość krajów. Proces starzenia się ludności przebiega u nas dość szybko, ale dopiero się rozpoczął, czyli możemy jeszcze jemu przeciwdziałać. Do 2050 r. liczebność siły roboczej w Polsce skurczy się o 5 mln osób. Polityka prorodzinna nie wystarczy, aby tę lukę zapełnić, choćby nawet udało się trochę podnieść wskaźnik dzietności. Dlatego musimy być otwarci na mądrą imigrację, ściągać młodych ludzi na nasze uczelnie. Zamiast 80 tys. zagranicznych studentów teraz, powinniśmy ich mieć 500 tys., z czego co najmniej 100 tys. rocznie trzeba zachęcić do pozostania w Polsce. Wtedy będzie kto miał nam wypłacać emerytury, ale też zakładać firmy i tworzyć innowacje. W Dolinie Krzemowej ponad połowę unikornów, firm wartych więcej niż miliard dolarów, założyli imigranci. W Polsce Doliny Krzemowej nie będzie, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby osiedlało się tu więcej młodych, inteligentnych ludzi z całego świata.

W dyskusji o tym, kiedy dogonimy kraje z południa Europy, na ogół zakładamy, że one będą się rozwijały równie niemrawo jak w ostatnich latach. Tak przecież być nie musi. Szczególnie Hiszpania zdaje się odzyskiwać dynamizm gospodarczy.

W Hiszpanii faktycznie widać jaskółki zmian. To dobrze. W naszym interesie jest, żeby te kraje rozwijały się jak najszybciej, nawet jeśli będzie to oznaczało, że dogonimy je później. W naszym interesie jest bowiem silna gospodarczo i konkurencyjna Europa. Żyjemy w epoce starcia potęg gospodarczych USA i Chin, a Europa musi w tych okolicznościach starać się utrzymać gospodarczą podmiotowość. Dlatego na szybszym rozwoju państw z południa Europy skorzystamy także my. Dla Włoch wielką szansą jest unijny Fundusz Odbudowy, Włochy są największym beneficjentem tego programu. Jeśli go dobrze wykorzystają, mogą się wyrwać z kilku dekad stagnacji. Fundusz rozwoju niesie impuls inwestycyjny, przyspiesza cyfryzację i transformację energetyczną. Gdy program ten dobiegnie końca, UE powinna pomyśleć o jego kolejnej edycji, tzn. kolejnych emisjach wspólnego unijnego długu, które będą finansowały kolejne programy inwestycyjne w krajach członkowskich.

W naszym interesie jest, żeby kraje z południa Europy rozwijały się jak najszybciej, nawet jeśli będzie to oznaczało, że dogonimy je później. W naszym interesie jest bowiem silna gospodarczo i konkurencyjna Europa.

Prof. Marcin Piątkowski

Powiedział pan, że Hiszpanię dogonimy nieomal siłą rozpędu. Czy coś może pójść nie tak i pokrzyżować ten scenariusz?

Ogólnie rzecz biorąc, zagrożeniem dla Polski jest odwrotność programu reform 5I: instytucje, inwestycje, innowacje, imigracja i inkluzywność. Odwracanie się od zachodnich instytucji niestety już widać. Katastrofalnym błędem byłoby skłócenie się z UE i niewykorzystanie unijnych funduszy, w tym z KPO. To byłby największy błąd od czasów nieuzasadnionego przechłodzenia gospodarki w latach 2000–2003. Kolejnym ryzykiem jest opóźnianie ważnych inwestycji publicznych z powodu neoliberalnej retoryki, że nas na to nie stać, że ogranicza nas nadmierne zadłużenie, oraz z powodu szkodliwej ideologii, jak w sprawie ustawy o wiatrakach. Polska musi wydawać więcej na innowacje i kwalifikacje, to wymaga dofinansowania edukacji, uniwersytetów. Pod względem imigracji Polska radzi sobie dobrze, ale ze złych powodów. Pomaga nam napływ uchodźców z Ukrainy, ale to nie wystarczy. Musimy być otwarci na imigrantów z innych krajów. Wreszcie, wzrost gospodarczy nie ma sensu i w długim okresie nie jest do utrzymania, jeśli nie jest inkluzywny, tzn. taki, w którym, co do zasady, wszyscy mają podobne szanse na życiowy sukces. Daleko nam do tego. Najnowsze badania pokazują, że 10 proc. najbogatszych Polaków przejmuje 40 proc. PKB, a 50 proc. najuboższych tylko 20 proc. PKB i że te proporcje się pogarszają. Jeśli nierówności dalej się będą pogłębiać, np. powodu powrotu do neoliberalnego myślenia, na podstawie którego obniża się podatki dla bogatych i tnie wydatki na biednych, to będziemy tracili dużą część potencjału. Młodzi, inteligentni ludzie, którzy „źle wybrali swoich rodziców”, będą mieli gorsze możliwości rozwoju. Ze szkodą dla Polski.

Dr hab. Marcin Piątkowski

Ekonomista pracujący w Waszyngtonie, profesor Akademii Leona Koźmińskiego, autor książki „Europejski lider wzrostu. Polska droga od gospodarczych peryferii do gospodarki sukcesu”. Wcześniej wizytujący ekonomista m.in. na Uniwersytecie Harvarda i w London Business School.

Panel ekonomistów
Bukowski: Polska jeszcze kilka dekad spędzi w ogonie europejskiego peletonu
Materiał Promocyjny
Tajniki oszczędnościowych obligacji skarbowych. Możliwości na różne potrzeby
Finanse
Glapiński: Bylibyśmy bogaci, gdyby nie skradziono nam sztućców
Panel ekonomistów
Unia Europejska jest dobra dla rolników. Ale mogłaby być lepsza.
Panel ekonomistów
NBP niepotrzebnie dotuje banki komercyjne? Opinie ekonomistów
Materiał Promocyjny
Naukowa Fundacja Polpharmy ogłasza start XXIII edycji Konkursu o Grant Fundacji
Panel ekonomistów
Rekordowe straty nie powinny być zmartwieniem dla NBP