prof. Łukasz Hardt, były członek RPP: Skup długu przez NBP był legalny

Największym błędem banku centralnego jest komunikacja z rynkiem – mówi prof. Łukasz Hardt, były członek RPP.

Publikacja: 16.11.2023 03:00

prof. Łukasz Hardt, były członek RPP: Skup długu przez NBP był legalny

Foto: rp.pl

Część przedstawicieli opozycji chciałaby postawić prezesa NBP Adama Glapińskiego przed Trybunałem Stanu. W tle jest uniemożliwianie pracy członkom Rady Polityki Pieniężnej, ale też skup obligacji skarbowych, który miał być sprzeczny z Konstytucją RP. Ten skup był prowadzony, gdy Pan zasiadał w RPP. Zarzuty są zasadne?

Skup był prowadzony od początku pandemii, pamiętam dobrze głosowania w RPP z 17 marca 2020 r. i drugie, pewnie jeszcze ważniejsze, z 8 kwietnia 2020 r. Rada podjęła wtedy decyzję o umożliwieniu skupu obligacji gwarantowanych przez Skarb Państwa przez Narodowy Bank Polskim na rynku wtórnym w ramach strukturalnych operacji otwartego rynku (SOOR). To było zgodne z prawem. RPP zgodnie z Konstytucją prowadzi politykę pieniężną w Polsce i nigdzie nie jest napisane, że ma się to sprowadzać wyłącznie do oddziaływania na krótszy koniec krzywej dochodowości poprzez ustalenie stopy referencyjnej. Rada ma prawo w szczególnych okolicznościach oddziaływać również bardziej bezpośrednio na dłuższy koniec krzywej dochodowości, na te dłuższe stopy procentowe, i my to zrobiliśmy. Oczywiście, efektem zewnętrznym tego programu skupu było to, że rząd zyskał większą przestrzeń fiskalną. To było działanie na polskim gruncie niestandardowe, ale w tamtych okolicznościach, moim zdaniem, absolutnie niezbędne. Musieliśmy ratować kanał transmisji polityki pieniężnej.

Krytyka SOOR wynika częściowo z nieprzejrzystości tego programu. Nie wiadomo, kto i na jakiej podstawie podejmował decyzję o jego skali, ani też co dzisiaj dzieje się z obligacjami z portfela NBP. Zwiększenie przejrzystości polityki pieniężnej wystarczyłoby, żeby uwolnić NBP od krytyki?

Jeśli chodzi o początek programu, to sprawa jest jasna. RPP dała zielone światło zarządowi, żeby ten program prowadził. Natomiast im dłużej ten program trwał, tym mniejszy był wpływ RPP na jego kształt, harmonogram operacji itp. W 2021 r. była dyskusja, czy można podnieść stopę procentową przed zakończeniem skupu aktywów. Sygnały z NBP były takie, że nie, a jednak w październiku stopa procentowa została podniesiona, choć później odbyła się jeszcze jedna aukcja w ramach SOOR. Rzeczywiście, był tu problem komunikacyjny. Zresztą zgodnie z zapisami prawa i praktyką wszystkich innych banków centralnych, o skupie aktywów powinien decydować ten sam organ, który decyduje o stopach procentowych. Technicznie skup prowadzić musi zarząd, ale jego podstawowe parametry powinny być w gestii Rady, bo – jak powiedziałem – to jest oddziaływanie na długoterminowe stopy procentowe. Między innymi z powodu takich przekonań wraz z dwoma innymi członkami Rady pod koniec 2021 r. głosowaliśmy przeciwko założeniom polityki pieniężnej na 2022 r., a ja dodatkowo do uchwały tego dotyczącej zgłosiłem zdanie odrębne.

Aż do samej podwyżki stóp w październiku 2021 r. prezes NBP mówił, że taki ruch byłby szkolnym błędem. Takich niespójnych z komunikacją NBP decyzji było więcej, choćby na początku 2021 r. i we wrześniu br. Niedostatki w komunikacji to jedyna przewina NBP w ostatnich latach?

Komunikacja z pewnością jest największym problemem. Dosłownie dzień przed tamtą podwyżką stóp z października 2021 r. komunikacja Przewodniczącego Rady była jednoznaczna: stopy miały się nie zmienić do końca kadencji ówczesnej Rady. Natomiast w tym roku jeszcze w lipcu prezes NBP sugerował, że jeśli po wakacjach będą obniżki stóp, to ostrożne, a we wrześniu mieliśmy radykalną obniżkę o 0,75 pkt proc. i to w sytuacji, gdy w realnej gospodarce nie było widać czynników, które jednoznacznie uzasadniałyby tak gwałtowny ruch. Zwykle banki centralne tak mocno tną stopy procentowe, gdy coś bardzo niedobrego się w gospodarce dzieje. Nasza gospodarka zaczyna zaś właśnie odbijać, a inflacja jest daleka od celu.

Brak spójności komunikatów NBP i decyzji RPP powoduje, że obniżki we wrześniu i październiku, przerwane nagle w listopadzie, tuż po wyborach, nawet życzliwemu obserwatorowi trudno interpretować inaczej niż jako wyraz pewnego zaangażowania politycznego większości członków RPP. Czy dostrzega pan jakieś inne, merytoryczne uzasadnienie dla tych decyzji? I czy, jeśli RPP nie jest niezależna od rządu, należy przemyśleć sposób powoływania członków tego organu?

Nie chcę wchodzić w tę dyskusję. Dobrze, że stopy na ostatnim posiedzeniu zostały utrzymane bez zmian. Rada dysponowała nową projekcją inflacji, która pokazuje, że to nie są warunki do łagodzenia polityki pieniężnej. Gospodarka jest po miękkim lądowaniu, rozpoczyna się już ożywienie, konsumpcja będzie się odbijała. Dodatkowo jest duża niepewność co do polityki fiskalnej i regulacyjnej. Nie wiadomo, czy i w jakim zakresie utrzymane zostaną składowe tarczy antyinflacyjnej. Mamy więc do czynienia z wysoką niepewnością i to w sytuacji, gdy wysoka jest wciąż inflacja. Według aktualnej projekcji NBP na koniec 2025 r. inflacja będzie w okolicy 3,5 proc., a inflacja bazowa nawet wyżej. A projekcja sporządzana jest przy założeniu niezmienionej stopy procentowej.

Poprzednia projekcja, z lipca, też nie wskazywała na powrót inflacji do celu NBP w horyzoncie oddziaływania polityki pieniężnej. Obniżki stóp z września i października były błędem?

Jako były członek RPP nie chcę być recenzentem działania aktualnej Rady. Powiem tylko, że ta radykalna obniżka stóp z września jest trudna do uzasadnienia w świetle lipcowej projekcji inflacji.

Czy obecny poziom stóp procentowych daje szanse na to, że w horyzoncie oddziaływania polityki pieniężnej uda się jednak doprowadzić inflację do celu, wbrew temu co pokazuje projekcja?

Najbardziej uczciwa odpowiedź brzmi: to zależy. Zależy m.in. od tego, jaka będzie polityka fiskalna, które z przedwyborczych zapowiedzi formującej się koalicji rządowej zostaną zrealizowane. Zależy też od tego, co się będzie działo z cenami regulowanymi, ze środkami z KPO i oczywiście od tego, jaka będzie sytuacja na globalnym rynku. Natomiast z tych wszystkich sygnałów, które obecnie dochodzą, wydaje się, że presja inflacyjna słabnie. Widzimy to w cenach surowców, widzimy to w cenach produkcji sprzedanej na różnych rynkach. Tak więc z pewnością inflacja będzie schodziła w kierunku celu. Ale pytanie o to, jak szybko ten cel osiągniemy, jest otwarte. I to jest w zasadzie pytanie o policy mix, w tym o kształt polityki fiskalnej. Konsumenci, firmy i inwestorzy nie lubią niepewności, dlatego dobrze by było, gdyby nowy rząd możliwie szybko przedstawił projekcję polityki budżetowej na najbliższe lata.

Czy pańskim zdaniem wystarczy, żeby nowy rząd wprowadził większą przejrzystość w finansach publicznych, pokazał klarowną ścieżkę tego, co zamierza robić z deficytem i długiem, czy musi też zabrać się pilnie za obniżanie deficytu, żeby nie dopuścić do wzrostu długu? Finanse publiczne państwa są w stanie wymagającym szybkiej poprawy?

Poziom długu jest na razie pod kontrolą, ryzyko fiskalne w Polsce jest dosyć niskie, na co wskazuje chociażby Europejska Rada Budżetowa w ostatnim raporcie. Z drugiej strony podkreśla, że to ryzyko będzie rosło w przyszłości, bo wydatki będą rosły – na zbrojenia, na służbę zdrowia, na podniesienie jakości usług publicznych - a dochodów podatkowych nie daje się tak łatwo zwiększyć. Natomiast dla mnie istotne są nie tylko same wskaźniki fiskalne, ale również struktura wydatków publicznych. Powinniśmy rozmawiać o tym, na ile ta struktura jest prorozwojowa.

Czyli nie ma potrzeby pilnego zaciskania pasa? Deficyt sektora finansów publicznych, który w przyszłym roku pewnie nie będzie dużo niższy niż w tym roku, gdy przekroczy 5 proc. PKB, jest do utrzymania, o ile będzie miał dobrą strukturę, będzie finansował wydatki rozwojowe?

Pewnie tak, ale trzeba być jednak ostrożnym i w dłuższym okresie dążyć do zwiększenia wpływów podatkowych. Trendy demograficzne, zbrojenia, edukacja, służba zdrowia – to wszystko będzie zwiększało potrzeby wydatkowe państwa. Dlatego wydaje mi się, że docelowo będzie konieczny pewien wzrost obciążeń podatkowych, żeby można było te wydatki w sposób stabilny finansować. Rząd będzie też musiał dbać o to, żeby nominalny wzrost PKB był wyższy niż koszt obsługi długu.

Jeśli zajdzie potrzeba ograniczenia deficytu sektora finansów publicznych, to lepiej to robić przez podwyżki podatków niż obniżanie wydatków? Gdzie tych dodatkowych wpływów do budżetu szukać?

W sytuacji, gdy służba zdrowia wymaga dofinansowania, gdy za wschodnią granicą trwa wojna i nie wiemy, jak ona się skończy, gdy trzeba podnosić wydatki na armię, ale też na edukację i naukę, z pewnością nie ma miejsca na obniżanie podatków. O tym, czy i jak je podwyższyć, trzeba rozmawiać; trzeba też oczywiście rozmawiać o racjonalizacji pewnych wydatków. Co do wydatków na wojsko, to skoro wydatki zbrojeniowe tak istotnie obciążają budżet, być może warto wprowadzić celowy podatek na finansowanie zbrojeń. To jest do dyskusji.

Od dłuższego czasu jest pan orędownikiem powołania w Polsce rady fiskalnej, czyli nowego, niezależnego organu, który kontrolowałby finanse publiczne. Jak taki organ miałby działać? Jakich skutków jego działania można oczekiwać?

Dyskusja o stanie finansów publicznych, co obserwujemy choćby teraz, jest w Polsce bardzo polityczna, pełna emocji i często nie oparta na rzetelnych danych. Polska jest jedynym krajem w Unii Europejskiej, który nie ma niezależnej rady fiskalnej, czyli organu analitycznego, który mógłby rzetelnie informować opinię publiczną, ale też decydentów, o stanie finansów publicznych. To jest dobry moment, żeby taką radę powołać. Przedstawiciele nowego rządu, który prawdopodobnie wyłoni się w najbliższych tygodniach, mówią o konieczności audytu, sporządzenia tzw. białej księgi finansów publicznych. Mogłaby się tym zajmować właśnie rada fiskalna, złożona z niezależnych ekspertów, działających poza domeną partyjną. Oczywiście, w państwie demokratycznym władza fiskalna musi być w rękach rządu i parlamentu i tak byłoby nadal. To nie byłby organ bliźniaczy wobec Rady Polityki Pieniężnej. Chodzi tylko o to, aby ktoś patrzył na nasze finanse publiczne nieco z zewnątrz, spoza bieżących sporów politycznych.

Prof. dr hab. Łukasz Hardt

Jest kierownikiem Katedry Ekonomii Politycznej na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, wiceprezesem Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego i przewodniczącym Rady Nadzorczej ZUS. W latach 2016–2022 był członkiem Rady Polityki Pieniężnej. Jest uczestnikiem panelu ekonomistów „Rzeczpospolitej”.

Panel ekonomistów
Rząd marnuje szansę na naprawę podatku Belki
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Panel ekonomistów
Ekonomiści: Euro nie sparaliżowałoby polskiej gospodarki
Panel ekonomistów
Jakub Borowski: Polska gospodarka ma polisę ubezpieczeniową od globalnych zawirowań
Panel ekonomistów
Euro w Polsce. Czy prezes NBP ma rację? Zapytaliśmy ekspertów
Panel ekonomistów
Trampolina do sukcesu: członkostwo w UE jest motorem rozwoju gospodarki